WIELKI KAMOL NAD KOLOROWYM MIASTEM
Pierwsze, co rzuca się w oczy przy wjeździe na teren Guatape, to ogromny kamol zwany przez tubylców La Piedra del Peñol (piedra = kamień, Peñol = mała mieścinka, w której znajduje się skała). Jest to batolit o wysokości 200 m! Robi niesamowite wrażenie. Oczywiście można wejść na ten gigantyczny kamień, ale przygotujcie się psychicznie na przejście ponad 650 wąskich schodków na szczyt. Szczerze mówiąc, wejście to mały pikuś. Schodzenie to dopiero wyzwanie i strach w czystej postaci. Schodki są bardzo wąskie i wyrobione, a dodatkowo strome. Nie pomaga też widok w dół. A dodatkowo Kolumbijczycy nie są za bardzo znani z uwielbienia zasad BHP. Osoby mające lęk wysokości mogą mieć ciężką przeprawę. Jednak pomijając ten aspekt, warto wdrapać się na sam szczyt. Widoki zapierają dech w piersiach.
Jak już nacieszymy się widokami i zestresujemy się wystarczająco zejściem z tej skały, co ukróci nasz żywot o około rok, koniecznie trzeba wybrać się do Guatape. Miasteczko to jest chyba najbardziej kolorowe jakie widziałam w życiu. Oczopląs gwarantowany. Można tam poczuć klimat Kolumbii w 120%! Kolory, muzyka, serdeczni ludzie i pyszne jedzonko. Zakochałam się w kolorowych domkach Guatape. I hamakach. Z niewiadomych powodów jest ich tam pełno w miejscowych sklepikach. Nie są może najtańsze, ale piękne, kolorowe i wygodne. Jeżeli chcecie kupić sobie jakąś pamiątkę, to zdecydowanie polecam hamak z Guatape zamiast innych małych pierdółek, na które zbiorczo pewnie wydalibyście tyle samo. 😉
NAJLEPSZA KAWA NA ŚWIECIE
Jestem szczęściarą. Tak się przytrafiło, że mam znajomych, którzy posiadają znajomych z plantacją kawy w Antiochii niedaleko Guatape. Miałam okazję zbierać kawę prosto z krzaczka i zobaczyć jak wygląda cały proces suszenia i wypalania. Oczywiście też piłam tą kawę. I to duuuużo. Gwarantuję, że jak posmakujecie prawdziwej kolumbijskiej kawy, to potem każda inna nie będzie już tak dobra.
Jeżeli miałabym polecić jakąś firmę kawy, którą warto kupić na prezent dla najbliższych i jest dostępna w każdym sklepie, to jest to Juan Valdez. Pyszna i niedroga. Występuje w różnych wariantach o różnej mocy.
Kolumbijska kawa ma różne smaki w zależności od regionu z jakiego pochodzi i jak była uprawiana oraz wypalana.
FILANDIA, NIE FINLANDIA 😉
Kolejnym przystankiem w podróży po Antiochii była miejscowość o nazwie Filandia – kolejna mała mieścina przesiąknięta tradycją. Jest kolorowo i przytulnie. Udało nam się trafić na jakieś święto narodowe i zobaczyliśmy kolorową paradę stworzoną przez mieszkańców. Oczywiście było kolorowo i gwarno.
MARTWE PSY
Ha! Wcale nie martwe, ale tak wyglądają. Praktycznie w całej Kolumbii można natknąć się na duże ilości bezpańskich psów, które leżą wszędzie odpoczywając od upałów. Nieważne, czy jest to środek ulicy, czyiś ganek, Twoje nogi… Leżą na plecach i dogorywają. Trochę śmieszno, trochę straszno. Miałam wrażenie, że w Antiochii to zjawisko jest zintensyfikowane.
REASUMUJĄC
Antiochia to 120% Kolumbii w Kolumbii. Zielono, gwarnie i wesoło. Życie toczy się od jednej kawy do kolejnej. A wolne chwile spędzasz na plantacji i na hamaku. Czego chcieć więcej?


































