KLIMAT – HORROR
Na Islandii przyszło mi żyć przez około pół roku. Do tej pory mam do siebie pretensje, że wybrałam okres zimowy na przeprowadzkę (sierpień – grudzień). Co prawda doświadczyłam islandzkiego gorąca, czyli 14 stopni przez 2 tygodnie sierpnia, ale no powiedzmy sobie szczerze- nie robi to wrażenia na kimś, kto wyjeżdża z Polski w czasie upałów rzędu 35 stopni w cieniu…;) Jednakże z biegiem czasu zatęskniłam za tym wspaniałym islandzkim latem. I to dosyć szybko. We wrześniu zaczyna się już praktycznie zima, a w październiku leży śnieg, co sprawia, że Islandczycy już wieszają ozdoby świąteczne. W listopadzie już są zaspy do kolan i minus 20 stopni Celsjusza. Dzień w dzień. Najlepsze jest to, że Islandczycy nie lubią odśnieżać. Ewentualnie ulice są odśnieżone tak, że pomiędzy 2 pasami śnieg jest zepchnięty w 2 – metrowy mur pośrodku drogi. Jadąc autobusem nie zobaczysz pojazdów jadących z naprzeciwka. Chodniki są odśnieżane tylko w centrum, a z resztą – radź sobie sam.
Pogoda jest szalona na Islandii. Tam na prawdę trzeba być przygotowanym na wszystko łącznie z wichurą, gradem, śniegiem, deszczem i ciepełkiem na przemian w ciągu 30 minut.
Pewnego razu w listopadzie doświadczyłam huraganu śnieżnego. Wprowadzono godzinę policyjną o 17:00. Wiało niesamowicie, a po ulicach jeździły czołgi – wtedy pierwszy raz zobaczyłam czołg. Wspaniałe doświadczenie. Miejcie ten obraz w głowie wybierając się tam 😉
Bądźcie też przygotowani na małą ilość słońca. Łatwo dostać deprechy, dlatego większość produktów żywieniowych jest sztucznie wzbogacana witaminą D. Nie dziwię się, bo zdarzyło się raz tak, że przez miesiąc nie widziałam słońca i było na prawdę nieciekawie.
Obecne jest tam też zjawisko nocy i dni polarnych. Ja zostałam tam do końca grudnia i wtedy słońce wstawało ok. godziny 11, co było dosyć dziwne dla polskiej pyry, ale da się przyzwyczaić 😉
KRAJOBRAZY – PIĘKNE I SUROWE
Marzycie o pustkowiu, bez ludzi i rzuceniu wszystkiego w diabły i zostaniu hodowcą owiec? Islandia to miejsce dla Was! Pierwsze wrażenie po przyjeździe to pustka. Jest pięknie, ale pusto. Bez ludzi. Tylko pola lawy, mchu, porostów oraz dzikich koni i owiec, których notabene jest więcej aniżeli ludzi na tej wyspie (ponad milion owiec vs. Ponad 300 tys. osób).
Islandię można objechać jedną drogą tzw. ring road i zobaczyć wszystkie atrakcje, które wyspa ma do zaoferowania.
Must see to Golden Circle – gejzery, gorące źródła, wodospady i widoczna na powierzchni granica pomiędzy płytą kontynentalną Europy a Ameryki. Gratka dla geologów i nie tylko. Ogólnie super jest zobaczyć taki surowy krajobraz, bliski początkom tworzenia się lądów. Wulkany i lodowce. Jaskinie. Sandry. Pięknie rozwidlające się rzeki. Dziewiczość w pełnej krasie.
Polecam wybrać się również na rejs po lagunie lodowcowej w Jokulsauralson. Można zobaczyć mini „góry lodowe” pływające w jeziorku polodowcowym i poczuć się jak Rose z Titanica (lepiej nie jak Jack…). W jeziorze tym pływają też foki, więc wytężajcie wzrok.
Islandia to też kraj maskonurów – super słodkich pingwinopodobnych ptaszorów. Najlepszym miejscem żeby je zobaczyć to West Fjords.
Nie zapominajmy też o zorzy polarnej – można ją bez problemu zobaczyć w stolicy, ale najlepiej gdzieś na odludziu, bez świateł miasta. Dla leniuszków są organizowane wycieczki busem.
Będąc na Islandii mignęła mi też możliwość wycieczki statkiem w poszukiwaniu wielorybów zamieszkujące tamte wody.
REJKIAWIK – LIBERALNIE I TOLERANCYJNIE
Rejkjawik skupia większość ludności Islandii, jednak nie jest za dużym miastem. W odbiorze jest dosyć surowe, ale stara się to wynagrodzić ciekawymi budynkami, muzeami i sklepami. Centrum to Hlemmur – stamtąd możesz dostać się wszędzie i każdy wie, gdzie to jest. Nie ma czegoś takiego jak rynek. Jest jedna główna ulica wokół której zgromadzone są wszelkie sklepy i inne miejscówki oraz atrakcje. Przez cały rok otwarte są sklepy dedykowane Bożemu Narodzeniu – miałam wrażenie, że Islandia żyje tymi świętami. Może ze względu na to, że jest tam aż 13 Mikołajów, a nie jeden i każdy reprezentuje coś innego np. obżarstwo… 😉
W mieście warto zobaczyć kościół (Halgrimskirkja) – może on być szokiem dla moherowych beretów. Nie jest to typowy zdobny kościół jakie znamy na co dzień. Jest surowy, a wewnątrz uświadczymy raczej dosyć kontrowersyjnych obrazów jak na nasze realia. Dodatkowo do kościoła prowadzi tęczowa droga, która oczywiście symbolizuje szacunek i akceptację dla LGBT.
Jednym z budynków, który warto zobaczyć jest Harfa – islandzkie centrum kultury, które mieni się milionem kolorów i wygląda jakby była zrobiona z luster. Budynek naprawdę robi wrażenie. Można wejść do niego za darmo i pozwiedzać.
W krajobrazie Rejkjawiku zawsze widać górę Esję. Warto się tam wybrać, chociażby, żeby zobaczyć Reykjawik z góry, zwłaszcza przy zachodzącym słońcu. Dowiezie Was tam zwykły autobus miejski z Hlemmur.
Na każdym kroku można liznąć trochę sztuki nowoczesnej w postaci różnych rzeźb, murali i budynków. Często dziwnych i trochę niepokojących, ale jeżeli lubicie nowoczesny i skandynawski sznyt to się nie zawiedziecie.
LUDZIE
Islandczycy to bardzo tolerancyjne i inteligentne społeczeństwo. Każdy Islandczyk, niezależnie od wieku, zna angielski i świetnie się nim posługuje. Bije z nich niesamowite umiłowanie wszelkich odmieńców oraz mniejszości seksualnych. Niestety, z otwartością na bliższe relacje z obcymi jest już gorzej. Jak zapytasz się kogoś o pomoc, pomoże, wyjaśni i tak dalej, ale jak próbujesz nawiązać mniej oficjalną znajomość, to już nie jest tak łatwo. Sytuacja zmienia się, gdy sobie troszkę wypiją. Na Islandii niestety jest prohibicja i alkohol można kupić tylko w wyznaczonych sklepach monopolowych i wyznaczonych godzinach w określone dni tygodnia. Także miałam trochę wrażenie, że jak już rzucą się na alkohol to umiaru nie ma. Jedno dobre, że głowy islandzkie słabe 😉
POLACY NA ISLANDII – PANOWIE ŻULOWIE I INNI
Nasi rodacy stanowią największą mniejszość narodową na tej małej wysepce. I jest to dosyć ciekawe zjawisko, bo Polaków udało mi się spotkać tylko w charakterze kierowców autobusów lub żuli na ulicy głośno opowiadających o swoich rozterkach miłosnych. Masowe wyjazdy Polaków na Islandię miały miejsce na początku 2010, gdy panował boom na zarabianie w krajach skandynawskich.
CENY Z KOSMOSU
Drożyzna to największy grzech Islandii. Niestety, dla zwykłego szaraka wycieczka tam to dosyć duży wydatek. Nie mówię o lotach, ale o wydatkach na życie (noclegi, jedzenie, przejazdy). W 2015 chleb, zwykły najzwyklejszy, w dodatku kukurydziany kosztował ok. 12 zł, więc bądźcie przygotowani. W moim odczuciu najlepiej wybrać się tam w środku sierpnia i nocować pod chmurką, co jest legalne na terenie całej Islandii i bezpłatne. Warto wynająć wtedy samochód na tydzień i objechać całą Islandię.
JEDZENIE – KOLEJNY HORROR
Ja i Islandia pod względem kulinariów zupełnie się nie dogadałyśmy. Zupełnie. Najgorsze jedzenie jakie do tej pory jadłam. Wszędzie baranina – szynka z barana, noga wędzona, kiełbasa, stek i inne cuda, które za każdym razem smakowały tak samo i nie pachniały zbyt przyjemnie.
Innym typowym islandzkim specjałem była lukrecja. Nie rozumiem jak można uważać ten gumowaty asfalt za coś smacznego, co je się dla przyjemności. Nigdy nie zapomnę jak pragnęłam zjeść czekoladę i okazało się, że jest ona z kawałkami lukrecji. Islandio, serio? Czekolada skończyła w koszu.
Aby dopełnić tego horroru, Islandczycy robią oczywiście z lukrecji alkohol na bazie popularnych cukierków Opal i Topaz. Nie muszę chyba mówić jak smakuje 😉 Jednak był to hit wśród znajomych, którym przywiozłam mini buteleczki z tymi świństwami. Zaśmiewali się i krzywili jak ktoś może pić takie ohydztwo – jakby wódka była lepsza, ale chyba w tym wypadku jest…:P
Z alkoholowych ciekawostek to jest też coś takiego jak wódka z kukurydzy. Wątpliwa w smaku. W sumie to chyba dobrze, że jest tam prohibicja.
Światełkiem w tunelu było islandzkie masło Smjor, dzięki któremu udało mi się dobić do 81 kg. Ale nie żałuję żadnego kilograma zdobytego dzięki niemu. Jest przepyszne i lekko słonawe – boskie. Kolejna smaczna rzecz to zupa homarowa, którą można zjeść na kutrze w porcie przy Harfie.
Oprócz wspomnianych jedzonek, na Islandii można też spróbować takich specjałów jak marynowany rekin, czy mózg owcy. Mniam mniam.
Aaaa, Islandia to chyba jedyne miejsce, gdzie można zjeść lody o smaku MLECZA… Wbrew pozorom są bardzo dobre.
ROZRYWKA NA POZIOMIE
Niewiele jest klubów i pubów na Islandii, ale są naprawdę porządne i przyjemne w odbiorze. Dużo dzieje się też w sferze festiwali, zwłaszcza Iceland Airwaves Festival, na który możemy kupić bilet, ale nie musimy, bo w jego ramach odbywa się bardzo dużo darmowych koncertów i spotkań. Jeżeli lubicie muzykę islandzką to będzie to gratka dla Was, a jeżeli nie, to macie okazję poznać i się zachwycić tak jak ja. Dodatkowo, w związku z dużą ilością Polaków na Islandii, kino Bio Paradis często puszcza polskie filmy i filmy z polskimi napisami.
REASUMUJĄC
Po tej półrocznej przygodzie wiem, że nie chciałabym tam zamieszkać na stałe, ale jest to zdecydowanie miejsce, które warto odwiedzić chociażby ze względu na bogactwo przyrody. No i masło. Do życia codziennego nie polecam, ale jako kierunek turystyczny jak najbardziej. Każdy znajdzie coś dla siebie w tej krainie ognia i lodu. Gwarantuję, że tej wycieczki nie zapomnicie i będziecie wspominać z przyjemnością.
















































