POWÓD DO ZRZĘDZENIA NR 1 – 10 GODZIN BÓLU
Lot do Kolumbii trwa od 9 do 10 bolesnych dla zadka godzin – ale nie polecimy tam bezpośrednio z Polski. W 2018 roku najlepsze połączenia pod względem cenowym oferował Madryt lub Frankfurt nad Menem. Ja wybrałam Madryt i szczerze była to bardzo wygodna przesiadka z czasem na zwiedzenie stolicy Hiszpanii. Polecam połączenia nocne, żeby nie odczuć za bardzo zmiany czasu – w Kolumbii jest 6-7 h wcześniej niż u nas. Jednakże nie łudźcie się, że jet lag was ominie. Chociaż może nie będzie on aż tak srogi jakby mógł być 😉
POWÓD DO ZRZĘDZENIA NR 2 – TŁOK WSZĘDZIE
Czegoś takiego nie zobaczycie w Europie – miasto jest ogromne i czuć to na każdym kroku. Jednak miałam wrażenie, że mimo tej wielkości, przestrzeń do życia jest tam maksymalnie wykorzystana, a w tłumie ludzi nie da się wetknąć szpilki. Jest głośno i tłocznie. Taki tłok czyni Bogotę niebezpiecznym miastem ze względu na dużą ilość kieszonkowców i tzw. neros – będących odpowiednikami naszych tzw. Sebixów. Starajcie się zawsze spacerować w grupie i się nie rozdzielać.
Nasze ulice w godzinach szczytu to nic w porównaniu do stolicy Kolumbii, gdzie praktycznie 24/7 są godziny szczytu, a przepisy ruchu drogowego trochę się zatarły. Jeżeli chcecie zobaczyć ten zgiełk w całości – „must see” w Bogocie to góra Monserrate (3317 m n.p.m.), z której widać całe miasto – szczególnie polecam wjechać (lub wejść) na górę blisko zachodu Słońca, bo widoki wtedy są na prawdę imponujące.
POWÓD DO ZRZĘDZENIA NR 3 – KLIMAT
Słyszycie Kolumbia, myślicie: gorąco, tropikalnie, co nie? Otóż nie! Przynajmniej nie w Bogocie i innych górzystych terenach. Stolica Kolumbii jest najwyżej położoną stolicą na świecie (2640 m n.p.m). Znajduje się w północnych Andach – w związku z czym najwyższa temperatura jakiej możecie tam doświadczyć oscyluje w granicach 14 stopni Celsjusza… Tropiki. Dodatkowo w ciągu dnia pogoda jest bardzo zmienna, można doświadczyć wszystkiego: od upałów do chłodu wymagającego ciepłej kurtki przez deszcz, grad i wichury. Pełen pakiet. Jadąc tam polecam ubrać się na cebulkę i zabezpieczyć odpowiednio przed wspomnianymi okolicznościami przyrody.
POWÓD DO (NIE) ZRZĘDZENIA NR 4 – JEDZENIE
Kolumbia jest wymarzonym krajem dla osób uwielbiających mięso – zwłaszcza wołowinę. A także dla tych lubiących duuuuuuże porcje. Jedna porcja obiadowa w Kolumbii to w sumie mix polskich (o ile uda się znaleźć u nas niektóre ze składników) obiadów z 3 dni. Na standardowym talerzu możemy znaleźć:
– jajko sadzone,
– arepę (kukurydziany placek),
– fasolkę po betońsku,
– kolumbijską kaszankę,
– kiełbasę,
– obowiązkowo ryż,
– żeberka,
– stek,
– platan (rodzaj banana),
– awokado,
I nie. To nie jest rozpiska na parę dni, tylko jedno danie. Ale szczerze Wam powiem jest to przepyszne, cudowne i koi duszę.
Odkryciem dla mnie było to, że Kolumbijczycy żywią się głównie ryżem, a nie ziemniakami.
Nowością był platan – rodzaj banana, który jest zjadliwy jedynie po usmażeniu. Kolejną nowością były arepy, czyli placki kukurydziane. W zależności od regionu arepy są przygotowywane inaczej. Moim faworytem była arepa boyacense z regionu Boyaca – mała,korpulentna, wypełniona w środku serem. Niebo na ziemi, a niby zwykły placek z serem. A propos kolumbijskiego białego sera – jest zadziwiająco dobry, przypomina trochę kozi tylko bez specyficznego zapachu.
Zupy w Kolumbii nie przypadły mi do gustu ze względu na to, że są dosyć wodniste. Co prawda w środku jest milion dodatków, mięsa, warzyw itd, ale jest to wszystko, jak na mój polski żołądek, za mało intensywne w jakiś konkretny smak.
Moim hitem Kolumbii jest arequipe – ichniejszy kajmak, ale nie tak tłusty i milion lat świetlnych smaczniejszy od naszego. Można go kupić w mini kubeczkach z dołączonymi łyżeczkami, co by zjeść, na przykład, w przerwie w pracy. W Polsce nie do pomyślenia, ale w Kolumbii to najpopularniejsza słodka przekąska. Oczywiście – przepyszna. Jedna z najlepszych rzeczy jakie jadłam w życiu. Serio.
W Bogocie jest dosyć dużo targów z jedzeniem – głównie owocami i warzywami. Ceny w porównaniu do polskich są bardzo niskie. Za ogromne awokado (ponad 500 g) zapłacimy ok. 2000 pesos, czyli jakieś 2 zł. Odnośnie egzotycznych owoców – możecie tam spróbować i kupić najróżniejsze. Ja próbowałam wszystkich możliwych i niestety większości nazw nie pamiętam, ale jakbym miała wybrać moich faworytów, to byłaby to niewątpliwie pitaja i karambola.
Pod względem alkoholu Kolumbia oferuje głównie aguardiente, czyli wódkę na bazie anyżu.
Z kolumbijskich piw chyba najlepszym jest Club Colombia, bo inne, które piłam smakowały bardziej jak woda z dodatkiem chmielu aniżeli pełnoprawne piwo.
POWÓD DO ZRZĘDZENIA NR 5 – ZWIEDZANIE
Szczerze to w Bogocie za bardzo nie ma co zwiedzać. Jedyne miejsce, które warto zobaczyć to plac główny, który fani Narcosa powinni kojarzyć z serialu. Innym elementem zasługującym na uwagę są murale, które nadają klimat temu miastu i trochę je uatrakcyjniają. I tak jak wspomniałam, „must see” – góra Monserrate.
Ciekawostką jest to, że generalnie w całej Kolumbii mamy dzielnice rozdzielone na to jakie „usługi” świadczą. W dzielnicy handlowej mamy uliczki np. tylko ze sklepami mięsnymi, potem tylko z butami i tak dalej, w jednym ciągu. Ta reguła dotyczy każdej innej dzielnicy.
Nie jestem fanką muzeów, ale tym razem mogę polecić bardzo ciekawe Muzeum Złota. Dodatkiem jest wystawa szmaragdów, których Kolumbia jest największym eksporterem.
Dużym zdziwieniem dla Europejczyka mogą być wystawy sklepów z ubraniami. Nie znajdziemy tam wychudzonych manekinów. Ewentualnie manekiny z ogromnymi zadkami i biustami plus demonstracje wystawowe jak mocno mogą się rozciągnąć spodnie na tyłku i brzuchu. Co kultura to obyczaj, co kultura to inny ideał człowieka. I też nie ma co się oszukiwać – większość Kolumbijczyków jest obfita w kształty, co nie dziwi, patrząc na to, co jedzą. Sama przytyłam 4 kg po miesiącu w Kolumbii 😛 Ale dla tego jedzenia – warto!
POWÓD DO (NIE) ZRZĘDZENIA NR 6 – LUDZIE
Największym plusem Bogoty oraz całej Kolumbii są ludzie – serdeczni i kochani. To naród pełen radości życia i miłości do drugiego człowieka. Dużą uwagę przykładają tylko do tego, czy dobrze tańczysz, a jeżeli nie, to nie omieszkają zrobić Ci przyspieszonego kursu i katować Cię do momentu aż nie załapiesz podstawowego kroku salsy…
Bardzo przyjemnym bonusem jest to, ze nie spotyka się praktycznie turystów, a tych all inclusive to już w ogóle.
INNE CZYNNIKI ZRZĘDOGENNE:
– po angielsku raczej nikt z Tobą nie pogada – NAWET NA LOTNISKU, także warto znać kilka podstawowych zwrotów po hiszpańsku,
– najdroższym aspektem Kolumbii są bilety do niej ( trzeba liczyć ok. 4000 zł plus przeloty wewnątrz kraju), a reszta – jedzenie, noclegi (w porównaniu do polskich warunków) są bardzo tanie,
– w Kolumbii nie ma transportu szynowego – jeżeli chcemy dostać się do innego miasta, najszybciej będzie samolotem; autem zajmie nam to milion lat ze względu na brak dróg i ich stan, a także położenie Kolumbii na terenach górzystych – 100 km jechałam 4 h….
Reasumując:
Bogota pod względem architektonicznych przyjemności dla oka nie rozpieszcza, ale jest to zrekompensowane niesamowitą atmosferą. Miasto tętni życiem, a ludzie są serdeczni i pomocni, mimo bariery językowej. Jedzenie, którego tam skosztujecie na zawsze pozostanie w waszej pamięci. Życie nocne też inne, typowo latynoskie – taniec, aguardiente, tequila, śpiew.
Jeżeli martwi Was wątpliwa renoma Kolumbii to mogę powiedzieć, że czułam się tam bezpiecznie i ani razu nie doświadczyłam jakichś nieprzyjemności przez cały miesiąc pobytu. Jest to piękny, dziewiczy kraj, który warto zwiedzić. Jeżeli będziemy stosować się do podstawowych zasad bezpieczeństwa, nie powinno nam się nic złego stać.








