POWÓD DO MARUDZENIA NR 1 – GORĄCO
Madryt będący stolicą Hiszpanii znajduje się w jej środku, na Wyżynie Kastylijskiej. Pierwsze, co powaliło mnie na łopatki w tym mieście to nie zapierające dech widoki, piękne budowle itp. Tylko… STRASZNY GORĄC. Jechałam tam na początku lipca, więc prawdopodobnie w najgorętszym miesiącu, ale jeżeli nie jesteście fanami upałów zwalających z nóg, warto pojechać tam wczesną wiosną lub jesienią. Rytm dnia wygląda inaczej niż w centralnej Europie ze względu na upały (siesta). Innym aspektem, który trochę mnie zdziwił jest to, że teoretycznie pod wieczór powinno być chłodniej – tam jest na odwrót i o godzinie 18:00 temperatura w cieniu wynosiła 43 (!) stopniej Celsjusza… Byłam gotowa na upały – w końcu to Hiszpania – ale no Panie, tego się nie spodziewałam. Jednakże w ogólnym rozrachunku jest to do wytrzymania i jest czym oddychać, mimo panującego tam klimatu śródziemnomorsko – subtropikalnego.
POWÓD DO (NIE) MARUDZENIA NR 2 – JEDZENIE
Jedzenie wyborne – nie ma na co narzekać, chyba, że nie należy się do miłośników owoców morza, tapasów, ryżu i czekolady. Z ciekawszych rzeczy do jedzenia to polecam churrosy z czekoladą w najsłynniejszej knajpce zwanej Chocolatería de San Ginés, znajdującej się w sercu Madrytu. Churrosy smakują jak nasze swojskie „gniazdka” smażone na głębokim oleju, ale będąc w Hiszpanii to takie „must eat”.
Hiszpania = paella – czyli ryż zazwyczaj z owocami morza, przygotowywany na wielkiej patelni. Warto zjeść, chociażby, żeby powiedzieć, że jadło się „prawdziwą” hiszpańską paelle.
A jak po jakimś czasie macie ochotę na coś zupełnie innego i paradoksalnie nie związanego z Hiszpanią to polecam… PIZZĘ. Serio. Jadłam tam jedną z najlepszych pizz w życiu w pizzerii La Tagiatella znajdującej się niedaleko Metropolis – jednych z atrakcji architektonicznych Madrytu. La Tagiatella to sieciówka, ale przysięgam – pizza w tym miejscu była przewspaniała.Jeżeli lubicie alkohol to serdecznie polecam wynalazek pod nazwą sangria – przepyszna mieszanka wina, owoców i soku. Wyśmienity i kojący duszę trunek, zwłaszcza po całym dniu upałów.
POWÓD DO (NIE) MARUDZENIA NR 3 – WIDOKI
Jeżeli chodzi o zwiedzanie to Madryt jest jednym z najpiękniejszych miast jakie widziałam. Piękne budynki, dużo zieleni, wszystko zadbane, a nad porządkiem czuwają policjanci na koniach, szczególnie w okolicy Zamku Królewskiego.
Moim faworytem był Palacio del Cristal – niby szklarnia, ale robi wrażenie, gdy wyłania się z gąszczu zieleni w otaczającym go parku Retiro. Inne atrakcje, które warto zobaczyć to wspomniany Zamek Królewski, Gran Via – czyli naczelna ulica Madrytu, Metropolis i Puerta de Alcala.
POWÓD DO MARUDZENIA (I SZOKU) NR 4 – LOTNISKO
Port lotniczy Adolfo Suárez Madryt-Barajas jest gigantyczny. I serio jest ogromny. Przeogromny. Aby poruszać się pomiędzy terminalami lotnisko utworzyło wewnętrzną linię metra… Dodatkowo są autobusy, które wiozą Cię do tych terminali. Naprawdę robi to wrażenie, zwłaszcza jeżeli dotychczas rezydowało się tylko na mniejszych lotniskach. Przysięgam, że ten port lotniczy jest wielkości małego miasta gdzieś w Polsce. W sumie nic dziwnego – to lotnisko obsługuje średnio 58 mln pasażerów rocznie.
INNE CZYNNIKI MARUDOGENNE:
– niechęć Hiszpanów do języka angielskiego i turystów,
– ceny – są dosyć wysokie dla przeciętnego Europejczyka,
Reasumując:
Madryt jest jednym z bardziej urokliwych i piękniejszych miast jakie widziałam. Warto tam pojechać, żeby pozwiedzać i posmakować dobrego jedzenia, a przede wszystkim napić się wspaniałej sangrii. Miasto cały czas tętni życiem, ale prawdziwy klimat dopiero poczujemy po zmroku, gdy tubylcy kończą pracę i wychodzą na miasto. Jeżeli lubicie południowe klimaty, fiestę i siestę – nie zawiedziecie się










